
Oprócz potforra dochodzącego, są też potforry etatowe, od których skądinąd nazwa tego bloga się wzięła. Potwór pierwszy to Wojtek, nazwany tak jeszcze w przytulisku, w którego go zabraliśmy. Imię swoje otrzymał na cześć Wojciecha Manna, którego jak wieść gminna głosi, żywo jednej z opiekunek przypominał. Wojtek jest kocurem słusznych rozmiarów, około pięcioletnim, bezjajecznym ;) i o dość królewskim podejściu do życia. Nie znamy jego dokładnej historii. Na pewno wiemy, że po zimie 2009 trafił do przytuliska w podpoznańskim Przyborówku, gdzie przebywał w małej kociarni z wieloma innymi kotami. Ludzie zarządzający przytuliskiem serca mieli wielkie, portfele mniejsze, ale opiekowali się kotami, jak mogli najlepiej. Tam właśnie Wojtek został wykastrowany. Jednak Wojciech to taki typowy miś, który bez obecności człowieka czuje się źle, więc z dnia na dzień popadał w coraz większą depresję. Poruszeni jego historią, postanowiliśmy przyjąć go pod swój dach (swój jak swój - pokój w wynajmowanym mieszkaniu :D). Niestety wkrótce po dotarciu do naszego domu, Wojtek zaczął chorować. Poważnie. W pewnym momencie pojawiło się nawet podejrzenie raka:( Jednak, uff, okazało się, że to tylko fałszywy alarm. Wojtek przeszedł operację i od tamtego czasu (czyli już od roku) prowadzimy leczenie farmakologiczne. Jesteśmy bliscy zwycięstwa:)
Drugi potfórr, a w zasadzie potforra, ma na imię Kamilka. Urodziła się pod blokiem, w którym obecnie mieszkamy, w stadku wolnożyjących kotów. Jako, że była jedynym maleństwem w miocie, i jedynym miotem w stadzie (jeśli jednego kota można nazwać miotem;)) postanowiliśmy przygarnąć ją i zadbać o stopniowe pozbawienie całego stada zdolności rozrodczych. Kamilka w naszym domu szybko poczuła się jak u siebie, rozkochała nas w sobie. Co ciekawe również Wojtek zaakceptował ją niemalże bez oporów i po pierwszym dniu prychania i syczenia byli już najlepszymi przyjaciółmi. Bardzo nas to ucieszyło, bo reakcja rezydenta na nowego przybysza jest zawsze największą obawą przy dokoceniu. Biorąc do domu małego kociaczka (miała około 5-6 tygodni, gdy do nas trafiła) byliśmy przygotowani na to, że trochę potrwa przyzwyczajanie małej do kuwety. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że kuweta nie stanowi NAJMNIEJSZEGO problemu dla małej Kamilki. Fakt ten zrozumieliśmy dość szybko, gdyż zaobserwowaliśmy, jak Wojtek demonstruje małej, jak korzysta się z kuwety i jak zakopuje się wszystko to, co się do niej zrobiło. Jednym słowem jesteśmy szczęściarzami:) A oto czarnusy:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz